2/22/2009

(To) Już teraz...

... mamy następcę Adama Małysza? Od wczorajszego dnia prócz pięknego złotego medalu, jaki zdobyła Justyna Kowalczyk mamy też 4 miejsce Kamila Stocha.

Wczoraj byliśmy świadkami, przynajmniej niektórzy byli szczęśliwego zakończenia dla Loitzla, Schlierenzauera oraz Ammanna... mogliśmy zobaczyć skoki które zdecydowały o upadku już prawie złotego Harriego Olli'ego oraz srebrnego Andersa Jacobsena (Kojonkoski chyba przeżywał załamanie nerwowe). Jednak mimo wszystko upadek Thomasa Morgensterna był najbardziej dotkliwym momentem. Skoczek, który swoim lotem chciał pofrunąć medal (takowy by zdobył, gdyby się nie przewrócił) musiał przełknąć gorycz, jakże gorzkiej porażki.

Jednak czy miejsce Stocha to przypadek? Czy Łukasz Kruczek objawił wielkie swoje umiejętności przygotowania współlidera polskiej kadry?

Pytania, na miejscu, dziś podczas przeglądania niektórych blogów trafiłem na krótką notkę...

"Czy Małysz mógł mieć dziś medal?"

W sumie cięzko udzielić odpowiedzi, niestety ale chyba nie mógł. Małysz nadal nie ma błysku, solidniej skaczący Kamil Stoch zaskoczył wszystkich i miał duże szanse na medal. Gdyby w 1 serii skoczył lepiej... tak z 101,5 m :-)

Odnosząc się do tego posta z blogu, Małysz podjął słuszną decyzję, żeby trenować z Hannu. Od dawna byłem przeciwnikiem p. Łukasza Kruczka, sukces Kamila Stocha będzie twardym murem podczas przeglądu sezonu: "Zrobiłem coś, czego nie potrafił ten Fin. Mój podopieczny otarł się o medal na MŚ". Adam Małysz poprawił swoje pozycje w PŚ, jeśli pójdzie tak jak założył najlepszy trener XX wieku to Małysz będzie w stanie wygrać w tym sezonie choć jeden konkurs.


Ciekawi mnie jedno, czy 4 miejsce Stocha to klucz jaki otworzy mu drzwi do poziomu, gdzie od dawien dawna jest Adam Małysz?

...a może Stoch znów zaskoczy, tym razem na K-120?

2/09/2009

Leo, kończ waść, wstydu oszczędź

Przez długo czas nie reagowałem na pyskówki Leo Beenhakkera, ponieważ były one głównie spowodowane nie do końca uczciwą grą mediów, ale w dniu dzisiejszym mam już naprawdę dość i apeluję 'Leo, kończ waść, wstydu oszczędź!'...

Nie reagowałem na pyskówki Holendra, choć mogłem, ponieważ miałem do tego podstawy. Tak doświadczony trener jakim jest 'Don Leo' jak przez dłuższy czas się zwykło mawiać na Beenhakkera w Polsce powinien przecież umieć przestać, zachować klasę, nie reagować. Niestety tego nie robił, więc media to wychwyciły i za każdym razem gotowały kolejną sensację, aby nijako zmusić byłego trenera Realu Madryt na kolejne pysków. Niestety on za każdym razem dawał się na to nabierać. Była to pierwsza oznaka pewnego braku klasy u Holendra i jego powolnego znużenia Polską.

Jednak miarka się przebrała dopiero dnia dzisiejszego, gdy wielce szanowny 'Don Leo' zakomunikował nam, iż chce łączyć pracę w Feyenordzie i reprezentacji Polski, ponieważ posiada mnóstwo wolnego czasu i nie chce w tym czasie oglądać telewizji.

A ja się do cholery pytam skąd on ma tyle wolnego czasu? Czyżby nie pamiętał, iż w marcu gramy niezwykle istotne spotkania towarzyskie w ramach el. MŚ? Czyżby nie zamierzał oglądać z wysokości trybun spotkań naszej Ekstraklasy? Czy nie chce następnie analizować tych spotkań? Czy nie chce się przyjrzeć żadnemu z naszych rodaków grających za granicą? Ojć, przepraszam, przecież w Feyenordzie gra Michał Janota i to on zapewne ma teraz być zbawieniem polskiej kadry (oczywiście to samego Michała nic nie mam...).

Holender w swoich wypowiedziach zabrnął już zdecydowanie za daleko i po środowym meczu z Walią powinien nie tylko Grzegorzowi Lacie, ale przede wszystkim nam kibicom wyjaśnić całą sprawę i ewentualnie w razie chęci pozostania na stanowisku przeprosić za swoją wypowiedź. A jak chce odejść, to niech odchodzi, rozwiążmy kontrakt z winy Leo, nie wypłacimy mu odszkodowania i 'Aufwiedersehen Leo'...Może sytuacja ta spowodowałby utratę szans na awans na MŚ, ale sprawiłaby, że atmosfera wokół kadry w końcu byłaby normalna.

P.S. Dla mnie Leo oczywiście może zostać, bo szkoleniowcem wielkim jest, ale musi nieco zmienić swoje zachowanie i chociaż w małym stopniu w nauczyć przyznawać się do błędów, w przeciwnym razie miejsce dla dziadka z Holandii w reprezentacji Polski nie ma...

2/06/2009

Kot przeskoczył (kolejny) płot

Czekamy już trochę czasu na potencjalnego następcę Adama Małysza, jednak poprzednie lata nie przyniosły żadnych konkretów, a jeśli się pojawiały to szybko znikały, jak np: Mateusz Rutkowski (niedawno zapowiedział powrót do skoków).

Od kilku lat z nadzieją, patrzymy na MŚJ, indywidualnie w 2004 r złoto zdobył Mateusz Rutkowski, który wygrał wtedy m.in z późniejszym zdobywcą PŚ - Thomasem Morgensternem. Wtedy podopieczny ówczesnego trenera kadry - Heinza Kuttina podkreślał, że tzw "sodówka" do głowy mu nie uderzy. Jak było, pamiętamy, moim zdaniem nie ma sensu wracać do momentów upadku MŚJ. Jednakże Mateusz Rutkowski dawał do zrozumienia, że może niedługo włączyć się do wyścigu o najwyższe cele, niestety przyszłość zweryfikowała punkty rozwoju.

Wczoraj w Strbskim Plesie - Maciej Kot zdobył wicemistrzostwo świata, wyprzedził takiego skoczka, jak Ville Larinto, który obecnie póka do drzwi PŚ, a podczas wczorajszych zawodów (wietrznych zawodów) oddał słabszy skok w 1 serii, który zaważył o końcowej pozycji, w 2 kolejce skoczył już lepiej i to wystarczyło do brązu. Złoto zdobył Austriak - Lukas Mueller.

Czy Maciej Kot to prawdziwy następca mistrza? Trudno powiedzieć, nie trzeba zdobywać medali w MŚJ żeby wybić się do czołówki PŚ. Wszystko zależy od niego samego, jak potoczy się jego kariera, być może niedługo podgoni Kamila Stocha, bo ten wyraźnie nie ma równorzędnego rywala. należy pamiętać Hannu Lepistoe już w 2007 roku dał szansę debiutu temu skoczkowi podczas DPŚ w Lahti. Wówczas Polacy zajęli tam 7 miejsce, i zaczęto dyskutować znów, powtarzam znów, czy to nowa przyszłość?

Teraz trzeba za wszelką cenę dać młodemu skoczkowi z Startu Krokiew Zakopane należyte warunki rozwoju, jak i pozostałym młodym brązowym medalistom z dzisiejszego dnia.

ZAPRASZAM RÓWNIEŻ DO PRZECZYTANIA TEKSTU MOJEGO KOLEGI Z REDAKCJI - Miszy. Kliknij TUTAJ

2/05/2009

The Flowers of Manchester


Jutro mija 51 rocznica monachijskiej tragedii, podczas której zginęło siedmiu piłkarzy Manchesteru United a ósmy - Duncan Edwards - zmarł po kilku dniach w szpitalu. Z tej okazji chciałbym przypomnieć tekst, który rok temu opublikowałem na moim poprzednim blogu oraz na stronie internetowej poświęconej Manchesterowi United - DevilPage.pl.

''Jednej, na pozór zwykłej lutowej nocy, monachijskie lotnisko nawiedziła straszliwa śnieżyca, na lotnisku tym przebywali piłkarze Manchesteru United, którzy mieli udać się w podróż powrotną do Anglii, jednak do podróży nie doszło.

Piłkarze Manchesteru United wracali wówczas z Belgradu, gdzie zremisowali z tamtejszą Crveną - Zvezdą 3-3, zapewniając sobie tym samym awans do półfinału rozgrywek o Puchar Mistrzów, a lot o numerze 609 został przerwany, ponieważ w samolocie brytyjskich linii lotniczych zabrakło paliwa.

Już w Monachium po dwóch próbach startu pilot samolotu ogłosił, iż z powodu fatalnych warunków atmosferycznych lot został przerwany, by po chwili zmienić zdanie i podjąć trzecią próbę wzniesienia maszyny w powietrze.

Niestety decyzja ta okazała się fatalna w skutkach, samolot nie wzbił się w powietrze, wyjechał po za ogrodzenie otaczające lotnisko, uderzył w pobliski budynek i stanął w płomieniach. Z czterdziestu czterech pasażerów zginęło dwudziestu trzech, dwudziestu jeden na miejscu oraz dwóch w szpitalu w wyniku urazów odniesionych w katastrofie.

Po katastrofie doszło oczywiście do dochodzenia kto jest głównym winowajcą monachijskiej tragedii, sprawa ta do końca nie została rozstrzygnięta, ale kapitan lotu został zdymisjonowany przez szefostwo brytyjskich linii lotniczych i już nigdy nie zasiadł za sterami samolotu.

Śmierć poniosło ośmiu piłkarzy Manchesteru United - Geoff Bent, Roger Byrne, Eddie Colman, Duncan Edwards, Mark Jones, David Pegg, Tommy Taylor oraz Liam 'Billy' Whelan.

Menedżerowi klubu - Mattowi Busby'emu - nie dawano większych szans na przeżycie, ale ten niespodziewanie przetrwał najgorsze, podobnie jak ówczesna gwiazda drużyny - Bobby Charlton.

Wśród dwudziestu jeden osób, które przeżyły katastrofę była Vera Lukic oraz jej córka Venona, którym pomógł dozorca klubu Harry Gregg, a dzięki jego heroicznej postawie przeżyli także zawodnicy klubu - Bobby Charlton, Jackie Blanchflower i Dennis Viollet.''