Kiedy ma piłkę przy nodze, na trybunach słychać głośne okrzyki: "Strzelaj! Strzelaaaaj". Wtedy bez chwili zastanowienia uderza w kierunku bramki rywala.
Darron Gibson w przeciągu dwóch sezonów stał się jednym z elementów układanki sir Alexa Fergusona. Irlandczyk gra na pozycji środkowego pomocnika. Jest dobrze fizycznie zbudowanym zawodnikiem, co jest czynnikiem sprzyjającym w Premier League. Natura obdarzyła go bardzo silnym uderzeniem z dystansu, dzięki czemu Manchester United posiada katapultę, która w każdej chwili może uderzyć w kierunku bramki rywala.
Wśród kibiców „Czerwonych Diabłów” Gibson budzi skrajne emocje. Jedni uważają go za totalnie nieprzydatnego zawodnika, który zabiera miejsce młodszym kolegom. Przeciwnicy podkreślają również, że zawodnik reprezentacji Irlandii ma skłonności do zwalniania rytmu gry. Natomiast zwolennicy talentu Gibsona widzą w nim zawodnika, który akceptuje rolę pomocnika trzeciego planu i nie psuje atmosfery na Old Trraford.
Dla Darrona Gibsona szczególnym sezonem były rozgrywki 2009/2010. Wówczas zagrał w 12 spotkaniach w barwach United. Zdobył 5 bramek oraz zaliczył dwie asysty. Dwie bramki z pięciu bramkowego dorobku – „Gibon” zdobył w meczu z Tottenhamem. Pojedynek odbył się w grudniu 2009 roku w ramach rozgrywek Carling Cup. Mecz zakończył się wynikiem 2-0, a Darron Gibson był niewątpliwie bohaterem tego spotkania. Zwycięstwo pozwoliło „Czerwonym Diabłom” awansować do półfinału tych rozgrywek.
W zakończonym sezonie 2010/2011 był pod ostrzałem kibiców jak nigdy. Dołączył do grona zawodników, którzy stali się podmiotami negatywnych emocji. Gibsona skrytykowali w szczególności za brak kreatywności. Gdy pomocnik United założył konto na „twitter.com” stał się znów kozłem ofiarnym. „Kibice” Manchesteru United zrobili swojego rodzaju kampanię przeciwko Gibsonowi na „twiterze”. Uszczypliwe teksty o jego umiejętnościach spowodowały, że zawodnik skasował konto.
Usunięcie konta na serwisie informacyjnym zbawiennego wpływu na grę Darrona Gibsona nie miało, aczkolwiek popisał się asystą w meczu z Schalke 04 Gelsenkirchen, kiedy świetnie podał do Antonio Valencii. Darron Gibson nie będzie następcą Paula Scholes’a ale może być nadal przydatnym zawodnikiem w taktyce sir Alexa Fergusona. Irlandczyk potrafi odebrać piłkę rywalowi i odpowiednio oddać piłkę partnerowi z drużyny. O jego grze wypowiedział się trener z licznego sztabu trenerskiego: „Jest podobny do Michaela Carricka. Operuje prostymi podaniami. Darron to silny chłopak, dzięki czemu dobrze radzi sobie w środku pola” – powiedział Rene Meulensteen.
Gibson powinien zostać w United z prostej przyczyny. On cały czas czyni kroki, aby stać się odpowiednim dublerem w środku pomocy. Dodatkowo warto zaznaczyć, że Darron jest lepszy od Andersona. Przecież za Irlandczyka nie wyłożyliśmy 30 milionów euro
7/10/2011
6/02/2011
Mr Shot
Kiedy ma piłkę przy nodze, na trybunach słychać głośne okrzyki: "Strzelaj! Strzelaaaaj". Wtedy bez chwili zastanowienia uderza w kierunku bramki rywala.
Darron Gibson w przeciągu dwóch sezonów stał się jednym z elementów układanki sir Alexa Fergusona. Irlandczyk gra na pozycji środkowego pomocnika. Jest dobrze fizycznie zbudowanym zawodnikiem, co jest niewątpliwie czynnikiem sprzyjającym w Premier League. Natura obdarzyła go bardzo silnym uderzeniem z dystansu, dzięki czemu Manchester United posiada katapultę, która w każdej chwili może uderzyć w kierunku bramki rywala.
Wśród kibiców „Czerwonych Diabłów” Gibson budzi skrajne emocje. Jedni uważają go za totalnie nieprzydatnego zawodnika, który zabiera miejsce młodszym kolegom. Przeciwnicy podkreślają również, że zawodnik reprezentacji Irlandii ma skłonności do zwalniania rytmu gry. Nie potrafi odpowiednio dyktować tempa w ataku pozycyjnym. Natomiast zwolennicy talentu „Gibona”, widzą w nim zawodnika, który akceptuje rolę pomocnika trzeciego planu i nie psuje atmosfery na Old Trraford.
Dla Darrona Gibsona szczególnym sezonem były rozgrywki 2009/2010. Wówczas zagrał w 12 spotkaniach w barwach United. Zdobył 5 bramek oraz zaliczył dwie asysty. Dwie bramki z pięciu bramkowego dorobku – „Gibon” zdobył w meczu z Tottenhamem. Pojedynek odbył się pierwszego grudnia 2009 roku w ramach rozgrywek Carling Cup. Mecz zakończył się wynikiem 2-0, a Darron Gibson był niewątpliwie bohaterem tego spotkania. Zwycięstwo pozwoliło „Czerwonym Diabłom” awansować do półfinału tych rozgrywek.
Kibice zarzucający Gibsonowi brak wpływu na wynik danego spotkania powinni wrócić do rewanżowego spotkania z Bayernem Monachium (Champions League). Irlandczyk strzelił bramkę z dystansu, który dodała podopiecznym sir Alexa Fergusona sporo animuszu, dzięki czemu wygrali ten ciężki pojedynek. Choć zwycięstwo nie dało United awansu do półfinału Champions League to Darron Gibson pokazał znów zęby w tym meczu.
W zakończonym sezonie 2010/2011 był pod ostrzałem kibiców jak nigdy. Dołączył do grona zawodników, którzy stali się podmiotami negatywnych emocji. Gibsona skrytykowali w szczególności za brak kreatywności. Gdy pomocnik United założył konto na „twitter.com” stał się znów kozłem ofiarnym. „Kibice” Manchesteru United zrobili swojego rodzaju kampanię przeciwko Gibsonowi na „twiterze”. Uszczypliwe teksty o jego umiejętnościach spowodowały, że zawodnik skasował konto.
Usunięcie konta na serwisie informacyjnym zbawiennego wpływu na grę Darrona Gibsona nie miało, aczkolwiek popisał się asystą w meczu z Schalke 04 Gelsenkirchen, kiedy świetnie podał do Antonio Valencii. Darron Gibson nie będzie następcą Paula Scholes’a ale może być nadal przydatnym zawodnikiem w taktyce sir Alexa Fergusona. Irlandczyk potrafi odebrać piłkę rywalowi i odpowiednio oddać piłkę partnerowi z drużyny. O jego grze wypowiedział się trener z licznego sztabu trenerskiego: „Jest podobny do Michaela Carricka. Operuje prostymi podaniami. Darron to silny chłopak, dzięki czemu dobrze radzi sobie w środku pola” – powiedział Rene Meulensteen.
Darron Gibson powinien pozostać w United. Nie będzie on zawodnikiem pierwszego garnituru w nadchodzącym sezonie ale posiadanie w drużynie takiego gracza jest konieczne. Jego atutem jest także doświadczenie, zebrane z gry na angielskich boiskach oraz ze spotkań reprezentacyjnych. Uczestnictwo w wielu rozgrywkach jest dla ManUtd czymś normalnym. A Darron Gibson gwarantuje zadawalające występy na wszystkich arenach.
Darron Gibson w przeciągu dwóch sezonów stał się jednym z elementów układanki sir Alexa Fergusona. Irlandczyk gra na pozycji środkowego pomocnika. Jest dobrze fizycznie zbudowanym zawodnikiem, co jest niewątpliwie czynnikiem sprzyjającym w Premier League. Natura obdarzyła go bardzo silnym uderzeniem z dystansu, dzięki czemu Manchester United posiada katapultę, która w każdej chwili może uderzyć w kierunku bramki rywala.
Wśród kibiców „Czerwonych Diabłów” Gibson budzi skrajne emocje. Jedni uważają go za totalnie nieprzydatnego zawodnika, który zabiera miejsce młodszym kolegom. Przeciwnicy podkreślają również, że zawodnik reprezentacji Irlandii ma skłonności do zwalniania rytmu gry. Nie potrafi odpowiednio dyktować tempa w ataku pozycyjnym. Natomiast zwolennicy talentu „Gibona”, widzą w nim zawodnika, który akceptuje rolę pomocnika trzeciego planu i nie psuje atmosfery na Old Trraford.
Dla Darrona Gibsona szczególnym sezonem były rozgrywki 2009/2010. Wówczas zagrał w 12 spotkaniach w barwach United. Zdobył 5 bramek oraz zaliczył dwie asysty. Dwie bramki z pięciu bramkowego dorobku – „Gibon” zdobył w meczu z Tottenhamem. Pojedynek odbył się pierwszego grudnia 2009 roku w ramach rozgrywek Carling Cup. Mecz zakończył się wynikiem 2-0, a Darron Gibson był niewątpliwie bohaterem tego spotkania. Zwycięstwo pozwoliło „Czerwonym Diabłom” awansować do półfinału tych rozgrywek.
Kibice zarzucający Gibsonowi brak wpływu na wynik danego spotkania powinni wrócić do rewanżowego spotkania z Bayernem Monachium (Champions League). Irlandczyk strzelił bramkę z dystansu, który dodała podopiecznym sir Alexa Fergusona sporo animuszu, dzięki czemu wygrali ten ciężki pojedynek. Choć zwycięstwo nie dało United awansu do półfinału Champions League to Darron Gibson pokazał znów zęby w tym meczu.
W zakończonym sezonie 2010/2011 był pod ostrzałem kibiców jak nigdy. Dołączył do grona zawodników, którzy stali się podmiotami negatywnych emocji. Gibsona skrytykowali w szczególności za brak kreatywności. Gdy pomocnik United założył konto na „twitter.com” stał się znów kozłem ofiarnym. „Kibice” Manchesteru United zrobili swojego rodzaju kampanię przeciwko Gibsonowi na „twiterze”. Uszczypliwe teksty o jego umiejętnościach spowodowały, że zawodnik skasował konto.
Usunięcie konta na serwisie informacyjnym zbawiennego wpływu na grę Darrona Gibsona nie miało, aczkolwiek popisał się asystą w meczu z Schalke 04 Gelsenkirchen, kiedy świetnie podał do Antonio Valencii. Darron Gibson nie będzie następcą Paula Scholes’a ale może być nadal przydatnym zawodnikiem w taktyce sir Alexa Fergusona. Irlandczyk potrafi odebrać piłkę rywalowi i odpowiednio oddać piłkę partnerowi z drużyny. O jego grze wypowiedział się trener z licznego sztabu trenerskiego: „Jest podobny do Michaela Carricka. Operuje prostymi podaniami. Darron to silny chłopak, dzięki czemu dobrze radzi sobie w środku pola” – powiedział Rene Meulensteen.
Darron Gibson powinien pozostać w United. Nie będzie on zawodnikiem pierwszego garnituru w nadchodzącym sezonie ale posiadanie w drużynie takiego gracza jest konieczne. Jego atutem jest także doświadczenie, zebrane z gry na angielskich boiskach oraz ze spotkań reprezentacyjnych. Uczestnictwo w wielu rozgrywkach jest dla ManUtd czymś normalnym. A Darron Gibson gwarantuje zadawalające występy na wszystkich arenach.
6/01/2011
Koszmarna FC Barcelona
To uczucie, kiedy 27 maja 2009 roku pan Massimo Busacca zakończył mecz w ramach finału Ligi Mistrzów na Stadio Olimpico w Rzymie. Co wtedy czuł przeciętny kibic Manchesteru United? Złość czy zazdrość? Złość, bo nie wykorzystaliśmy swoich 9 minut genialnej gry a może jednak zazdrość, że nie mieliśmy w środku pomocy takich graczy jak Xavi czy Iniesta.
Przed sezonem 2010/2011 nie oczekiwałem 19 mistrzostwa, półfinału FA Cup czy kolejnego finału Ligi Mistrzów. Liczyłem na grę z pełnym zaangażowaniem w każdym spotkaniu o stawkę. Wychodzi na to, iż dostałem wielki prezent od sir Alexa Fergusona i jego podopiecznych.
Zdobyliśmy dziewiętnasty tytuł mistrzowski w sezonie, który zostanie zapamiętany jako jeden z najbardziej wyrównanych w ostatnich latach. Doszliśmy do półfinału FA Cup, gdzie przegraliśmy z późniejszym triumfatorem tych rozgrywek czyli Manchesterem City. Do rozegrania był jeszcze jeden mecz po wyczerpującym sezonie…
Finał Ligi Mistrzów na Wembley miał być rewanżem za koszmar z Rzymu. Przede wszystkim za Manchesterem United przemawiał kolektyw jaki powstał w trakcie sezonu. W ataku objawił się Javier Hernandez. Do gry po fatalnej kontuzji kostki wrócił Antonio Valencia. Po raz kolejny mogliśmy podziwiać, pięknie starzejących się piłkarzy jak Edwin van der Sar czy Ryan Giggs. Nawet Michael Carrick potrafił zamknąć usta krytykom w meczu z Chelsea Londyn w ramach półfinału Champions League. A Wayne Rooney? To jeden z nielicznych zawodników, który w ostatnich, decydujących spotkaniach – reprezentował nie tylko świetną formę ale także charakter drużyny sir Alexa Fergusona.
Drużynę, która potrafiła powrócić w świetnym stylu na Bloomfield Road z tamtejszym Blackpool FC oraz w meczu z „Młotami” na Upton Park. „Czerwone Diabły” potrafiły urządzić także teatr jednej drużyny w półfinale z Schalke o4 Gelsenkirchen.
Przed decydującym spotkaniem z Barcą, mieliśmy uniknąć błędów z Rzymu. Czy zdołaliśmy się zaprezentować godnie wobec takiego rywala jakim była Barcelona?
Myślę, że tak. Finał z FC Barceloną był wielką ucztą dla każdego kibica piłki nożnej. Nie było „autobusu w bramce Edwin van der Sara”. Uniknęliśmy motywu przewodniego z Gran Derbi czyli „wielkiego polowania na nogi piłkarzy”. Obejrzeliśmy mecz, w którym jedna drużyna była mocniejsza od rywala. Po prostu.
Zagraliśmy bardzo uważnie w pierwszym kwadransie meczu. Nie zważając na posiadanie piłki przez Barceloną w okolicach 16 minuty oraz magicznych 111 podań to Manchester United wydawał się drużyną, która może znaleźć klucz do rozwiązania kodu FC Barcelony. United postawiło na pressing oraz na długie podania w kierunki Cziczarito.
„Pomysł na Barceloną” tego dnia okazał się niewypałem. Mimo fantastycznej dyspozycji Nemanji Vidicia, który momentami ratował nas z sytuacji wręcz dramatycznych to FC Barcelona nas stłamsiła. Moim zdaniem fatalnie zagrał Patrice Evra, który emanował wielkim niepokojem. Oglądając powtórki to właśnie gracz, urodzony w Dakarze był współwinny przy utracie pierwszej bramki. Środek pomocy nie istniał, w okolicach 35 minuty była widać ogromną lukę w środku pola. Oddając inicjatywę Barcelonie już na obszarze 40/35 metra – Manchester United sam sobie, zgotował ciężki los drużyny tragicznej.
Jeśli linia obrony w momencie ataków Barcy stoi ospale w okolicach 16 metra i pozwala aby Iniesta czy Messi mogli oddawać strzały, to mamy do czynienia z wywieszaniem symbolicznej białej flagi. Można napisać, że wyglądało to lepiej niż w Rzymie. Zdobyliśmy przecież bramkę wyrównującą. Faktycznie, był tam minimalny spalony. A strzelec bramki dla United czyli Wayne Rooney był ostatnią nadzieją tego magicznego wieczoru na Wembley.
Jednak nikt nie ma wątpliwości, że Manchester United zasługuje na dyrygenta w środku pomocy, jak żaden inny klub na świecie. Bez tego ani rusz w przyszłym sezonie. Ostateczne pytania – co zrobiłby Dymitar Berbatov na miejscu Cziczarito oraz czy nadchodzi koniec Bułgara w ManUtd.
Przed sezonem 2010/2011 nie oczekiwałem 19 mistrzostwa, półfinału FA Cup czy kolejnego finału Ligi Mistrzów. Liczyłem na grę z pełnym zaangażowaniem w każdym spotkaniu o stawkę. Wychodzi na to, iż dostałem wielki prezent od sir Alexa Fergusona i jego podopiecznych.
Zdobyliśmy dziewiętnasty tytuł mistrzowski w sezonie, który zostanie zapamiętany jako jeden z najbardziej wyrównanych w ostatnich latach. Doszliśmy do półfinału FA Cup, gdzie przegraliśmy z późniejszym triumfatorem tych rozgrywek czyli Manchesterem City. Do rozegrania był jeszcze jeden mecz po wyczerpującym sezonie…
Finał Ligi Mistrzów na Wembley miał być rewanżem za koszmar z Rzymu. Przede wszystkim za Manchesterem United przemawiał kolektyw jaki powstał w trakcie sezonu. W ataku objawił się Javier Hernandez. Do gry po fatalnej kontuzji kostki wrócił Antonio Valencia. Po raz kolejny mogliśmy podziwiać, pięknie starzejących się piłkarzy jak Edwin van der Sar czy Ryan Giggs. Nawet Michael Carrick potrafił zamknąć usta krytykom w meczu z Chelsea Londyn w ramach półfinału Champions League. A Wayne Rooney? To jeden z nielicznych zawodników, który w ostatnich, decydujących spotkaniach – reprezentował nie tylko świetną formę ale także charakter drużyny sir Alexa Fergusona.
Drużynę, która potrafiła powrócić w świetnym stylu na Bloomfield Road z tamtejszym Blackpool FC oraz w meczu z „Młotami” na Upton Park. „Czerwone Diabły” potrafiły urządzić także teatr jednej drużyny w półfinale z Schalke o4 Gelsenkirchen.
Przed decydującym spotkaniem z Barcą, mieliśmy uniknąć błędów z Rzymu. Czy zdołaliśmy się zaprezentować godnie wobec takiego rywala jakim była Barcelona?
Myślę, że tak. Finał z FC Barceloną był wielką ucztą dla każdego kibica piłki nożnej. Nie było „autobusu w bramce Edwin van der Sara”. Uniknęliśmy motywu przewodniego z Gran Derbi czyli „wielkiego polowania na nogi piłkarzy”. Obejrzeliśmy mecz, w którym jedna drużyna była mocniejsza od rywala. Po prostu.
Zagraliśmy bardzo uważnie w pierwszym kwadransie meczu. Nie zważając na posiadanie piłki przez Barceloną w okolicach 16 minuty oraz magicznych 111 podań to Manchester United wydawał się drużyną, która może znaleźć klucz do rozwiązania kodu FC Barcelony. United postawiło na pressing oraz na długie podania w kierunki Cziczarito.
„Pomysł na Barceloną” tego dnia okazał się niewypałem. Mimo fantastycznej dyspozycji Nemanji Vidicia, który momentami ratował nas z sytuacji wręcz dramatycznych to FC Barcelona nas stłamsiła. Moim zdaniem fatalnie zagrał Patrice Evra, który emanował wielkim niepokojem. Oglądając powtórki to właśnie gracz, urodzony w Dakarze był współwinny przy utracie pierwszej bramki. Środek pomocy nie istniał, w okolicach 35 minuty była widać ogromną lukę w środku pola. Oddając inicjatywę Barcelonie już na obszarze 40/35 metra – Manchester United sam sobie, zgotował ciężki los drużyny tragicznej.
Jeśli linia obrony w momencie ataków Barcy stoi ospale w okolicach 16 metra i pozwala aby Iniesta czy Messi mogli oddawać strzały, to mamy do czynienia z wywieszaniem symbolicznej białej flagi. Można napisać, że wyglądało to lepiej niż w Rzymie. Zdobyliśmy przecież bramkę wyrównującą. Faktycznie, był tam minimalny spalony. A strzelec bramki dla United czyli Wayne Rooney był ostatnią nadzieją tego magicznego wieczoru na Wembley.
Jednak nikt nie ma wątpliwości, że Manchester United zasługuje na dyrygenta w środku pomocy, jak żaden inny klub na świecie. Bez tego ani rusz w przyszłym sezonie. Ostateczne pytania – co zrobiłby Dymitar Berbatov na miejscu Cziczarito oraz czy nadchodzi koniec Bułgara w ManUtd.
3/07/2011
Wielki Mistrz
Kiedy Adam Małysz zakończy karierę po tym sezonie, pozostanie wielka luka. Nikt jej nie zapełni, gdyż tacy skoczkowie są symbolami, wręcz herosami, bo przecież - co jest bardziej ekstremalnego niż walka z naturą, kiedy leci się na odległości ponad 200 metrowe podczas zawodów na tzw mamutach.
Co jest bardziej pięknego? Początek Małyszomanii czy jej koniec? Obydwa okresy są dla większości kibiców, czymś szczególnym. Dla jednych Małysz to symbol dzieciństwa, kiedy prócz klocków lego, gier planszowych istniał ktoś wyjątkowy. A dla tych co mogli posiadać komputer, a co za tym idzie legendarny DSJ, Małysz był kimś w rodzaju bóstwa w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Zdobyte trzy kryształowe kule, medale olimpijskie w Salt Lake City czy też MŚ Lahti bądź we włoskim Predazzo, to było początkiem i wielkiego rozwinięcia sloganu: Małyszomania
Były też upadki wielkiego mistrza, tak jak ten niebezpieczny w Salt Lake City (2004r.), kiedy Małysz musiał zakończyć sezon. Były też lata chude, ale to też dawało dowód, że Małysz jest tylko człowiekiem, że nie może cały czas być numerem jeden. On też musiał poczuć smak porażki. Małysz jednak przyzwyczaił kibiców do wielkich sukcesów, dlatego nieliczni potrafili zrozumieć, że w skokach też przytrafiają się gorsze lata, miesiące, dni. Było pożegnanie z Apoloniuszem Tajnerem, był też Heinz Kuttin, który nie potrafił powtórzyć sukcesów, jakie Małysz osiągał w latach 2001 - 2003.
Któż by się spodziewał, że Małysz nadrobi stratę do Andersa Jacobsena w sezonie 2006/07 i zdobędzie po raz czwarty Kryształową Kulę. Kto stawiał, że zdobędzie złoto w Sapporo podczas MŚ 2007. Wówczas trenerem polskiej kadry był Hannu Lepistoe - Fin uwielbia stawiać na młodych i słynie z tego, że potrafi doskonale rozwijać młode talenty. Niestety jak to bywa w polskiej mentalności - kiedy przychodzą słabsze wyniki, winnym jest trener. Lepistoe został zwolniony pod koniec sezonu 2007/08. Mało kto się spodziewał, że jego następca - Łukasz Kruczek poradzi sobie z trenowaniem wielkiego mistrza.
W sezonie 2008/09 następuje wielki powrót Lepistoe. Małysz zwrócił się do związku z prośbą, by jego indywidualnym trenerem został Fin. Był to początek "TeamMałysz". Dziś nikt sobie nie wyobraża, co by było bez tytanicznej pracy tegoż "teamu". Adam Małysz zdobył dwa srebrne medale podczas ZIO w Vancouver. Wtedy wróciły też pytania, kiedy Małysz zakończy karierę, czy da radę skakać do ZIO w Soczi 2014? Z punkty widzenia sponsorów, wizja Małysza skakającego do ZIO 2014 r. była na pewno czymś w rodzaju - marzenia.
Sezon 2010/11 - impreza docelowa - MŚ Oslo 2011. Cel: medal
Oslo jest miejscem szczególnym, tutaj wygrywał swoje pierwsze zawody PŚ - 17 marca 1996 rok.
Często mówił, że jego idolem jest Jens Weissflog. Podkreślał, ze chce odejść, będąc na szczycie, tak jak jego narciarski autorytet. Kiedy zdobywał brąz na małej skoczni, Małysz ukazał oblicze zawodnika wyjątkowego. Mimo wieku, który raczej nie jest przychylnym atrybutem skoczka w walce o czołowe lokaty. Małysz pokazał, że osiągnął szczyt formy. Po zawodach w konkursie drużynowym na skoczni średniej. Małysz ogłosił koniec kariery po zakończeniu tego sezonu. Początkowo nikt nie chciał w to uwierzyć, ale Małysz nas do tego przyzwyczajał pomału. Często mogliśmy usłyszeć zdania, że jest już zmęczony. To świadczyło, że "Wielki Mistrz" szuka ostatnich celów do wykonania i nie będzie już kolejnych ZIO. Małysz kończy karierę w sposób najlepszy z możliwych scenariuszów. Walczy o 3 miejsce w PŚ, zdobył brąz na małej skoczni, wygrał zawody w Zakopanem. Nie walczy o awans do "30", on cały czas walczy o lokaty w czołowej "6". WIELKI ZAWODNIK.
Jednak obecny sezon to także - sfera szczęścia, w której Małysz znajduje się dość zauważalnie. Kiedy upadł w ostatnim konkursie w Zakopanem, mało kto wierzył, że uda mu się wyjść bez poważniejszych kontuzji. Na szczęście udało się, Małysz dotrwał do MŚ 2011 i zdobył to, co sobie wymarzył. Medal na zakończenie jakże bogatej kariery.
Jestem świadomy, że ten tekst nie jest jakimś wybitnym ale nie mogę sobie pozwolić aby uniknąć cytowania wielkiego trenera - Miki Kojonkoskiego, który powiedział:
PS: Sukcesy Adama Małysza:
Igrzyska Olimpijskie: Srebro (duza skocznia) oraz brąz (normalna skocznia) - Salt Lake City 2002
2x srebro (duża skocznia oraz normalna) - Vancouver 2010
Medale MŚ:
Złoto (skocznia normalna) oraz srebro (duża skocznia) - Lahti 2001
2x złoto (duża oraz normalna skocznia) - Predazzo 2003
Złoto (normalna skocznia) - Sapporo 2007
Brąz (skocznia normalna) - Oslo 2011
Puchar Świata:
2001, 2002, 2003 i 2007 rok
Na podium:
1 miejsce - 39 razy
2 miejsce - 27
3 miejsce - 25
Turniej czterech skoczni:
Zwycięstwo - 2001
3 miejsce - 2003
Puchar Nordycki:
Zwycięstwo: 2003, 2007
2 miejsce - 2002, 2010,
Letnia Grand Prix:
Zwycięstwo: 2002, 2005
3 miejsce: 2010, 2011.
Co jest bardziej pięknego? Początek Małyszomanii czy jej koniec? Obydwa okresy są dla większości kibiców, czymś szczególnym. Dla jednych Małysz to symbol dzieciństwa, kiedy prócz klocków lego, gier planszowych istniał ktoś wyjątkowy. A dla tych co mogli posiadać komputer, a co za tym idzie legendarny DSJ, Małysz był kimś w rodzaju bóstwa w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Zdobyte trzy kryształowe kule, medale olimpijskie w Salt Lake City czy też MŚ Lahti bądź we włoskim Predazzo, to było początkiem i wielkiego rozwinięcia sloganu: Małyszomania
Były też upadki wielkiego mistrza, tak jak ten niebezpieczny w Salt Lake City (2004r.), kiedy Małysz musiał zakończyć sezon. Były też lata chude, ale to też dawało dowód, że Małysz jest tylko człowiekiem, że nie może cały czas być numerem jeden. On też musiał poczuć smak porażki. Małysz jednak przyzwyczaił kibiców do wielkich sukcesów, dlatego nieliczni potrafili zrozumieć, że w skokach też przytrafiają się gorsze lata, miesiące, dni. Było pożegnanie z Apoloniuszem Tajnerem, był też Heinz Kuttin, który nie potrafił powtórzyć sukcesów, jakie Małysz osiągał w latach 2001 - 2003.
Któż by się spodziewał, że Małysz nadrobi stratę do Andersa Jacobsena w sezonie 2006/07 i zdobędzie po raz czwarty Kryształową Kulę. Kto stawiał, że zdobędzie złoto w Sapporo podczas MŚ 2007. Wówczas trenerem polskiej kadry był Hannu Lepistoe - Fin uwielbia stawiać na młodych i słynie z tego, że potrafi doskonale rozwijać młode talenty. Niestety jak to bywa w polskiej mentalności - kiedy przychodzą słabsze wyniki, winnym jest trener. Lepistoe został zwolniony pod koniec sezonu 2007/08. Mało kto się spodziewał, że jego następca - Łukasz Kruczek poradzi sobie z trenowaniem wielkiego mistrza.
W sezonie 2008/09 następuje wielki powrót Lepistoe. Małysz zwrócił się do związku z prośbą, by jego indywidualnym trenerem został Fin. Był to początek "TeamMałysz". Dziś nikt sobie nie wyobraża, co by było bez tytanicznej pracy tegoż "teamu". Adam Małysz zdobył dwa srebrne medale podczas ZIO w Vancouver. Wtedy wróciły też pytania, kiedy Małysz zakończy karierę, czy da radę skakać do ZIO w Soczi 2014? Z punkty widzenia sponsorów, wizja Małysza skakającego do ZIO 2014 r. była na pewno czymś w rodzaju - marzenia.
Sezon 2010/11 - impreza docelowa - MŚ Oslo 2011. Cel: medal
Oslo jest miejscem szczególnym, tutaj wygrywał swoje pierwsze zawody PŚ - 17 marca 1996 rok.
Często mówił, że jego idolem jest Jens Weissflog. Podkreślał, ze chce odejść, będąc na szczycie, tak jak jego narciarski autorytet. Kiedy zdobywał brąz na małej skoczni, Małysz ukazał oblicze zawodnika wyjątkowego. Mimo wieku, który raczej nie jest przychylnym atrybutem skoczka w walce o czołowe lokaty. Małysz pokazał, że osiągnął szczyt formy. Po zawodach w konkursie drużynowym na skoczni średniej. Małysz ogłosił koniec kariery po zakończeniu tego sezonu. Początkowo nikt nie chciał w to uwierzyć, ale Małysz nas do tego przyzwyczajał pomału. Często mogliśmy usłyszeć zdania, że jest już zmęczony. To świadczyło, że "Wielki Mistrz" szuka ostatnich celów do wykonania i nie będzie już kolejnych ZIO. Małysz kończy karierę w sposób najlepszy z możliwych scenariuszów. Walczy o 3 miejsce w PŚ, zdobył brąz na małej skoczni, wygrał zawody w Zakopanem. Nie walczy o awans do "30", on cały czas walczy o lokaty w czołowej "6". WIELKI ZAWODNIK.
Jednak obecny sezon to także - sfera szczęścia, w której Małysz znajduje się dość zauważalnie. Kiedy upadł w ostatnim konkursie w Zakopanem, mało kto wierzył, że uda mu się wyjść bez poważniejszych kontuzji. Na szczęście udało się, Małysz dotrwał do MŚ 2011 i zdobył to, co sobie wymarzył. Medal na zakończenie jakże bogatej kariery.
Jestem świadomy, że ten tekst nie jest jakimś wybitnym ale nie mogę sobie pozwolić aby uniknąć cytowania wielkiego trenera - Miki Kojonkoskiego, który powiedział:
Każdy sportowiec ma swój czas. Wszyscy zapamiętamy Adama jako wielkiego sportowca, który czasem był wprost nie do pokonania.
PS: Sukcesy Adama Małysza:
Igrzyska Olimpijskie: Srebro (duza skocznia) oraz brąz (normalna skocznia) - Salt Lake City 2002
2x srebro (duża skocznia oraz normalna) - Vancouver 2010
Medale MŚ:
Złoto (skocznia normalna) oraz srebro (duża skocznia) - Lahti 2001
2x złoto (duża oraz normalna skocznia) - Predazzo 2003
Złoto (normalna skocznia) - Sapporo 2007
Brąz (skocznia normalna) - Oslo 2011
Puchar Świata:
2001, 2002, 2003 i 2007 rok
Na podium:
1 miejsce - 39 razy
2 miejsce - 27
3 miejsce - 25
Turniej czterech skoczni:
Zwycięstwo - 2001
3 miejsce - 2003
Puchar Nordycki:
Zwycięstwo: 2003, 2007
2 miejsce - 2002, 2010,
Letnia Grand Prix:
Zwycięstwo: 2002, 2005
3 miejsce: 2010, 2011.
Był sobie Wielki Mistrz...
2/28/2011
OSL2O11
Za nami 2/4 rozstrzygnięć jeśli chodzi o MŚ OSL2O11 w skokach narciarskich. Adam Małysz nie zawiódł oczekiwań kibiców, zdobył brąz. Warunki atmosferyczne były bardzo trudne, tylko nieliczni mogli przekroczyć magiczną barierę 100 metrów.
Silne odbicie - charakteryzuje takich skoczków jak Małysz oraz Thomas Morgenstern. I to właśnie Austriak pokazał wielką klasę, rywali pozostawił daleko w tyle, ten sezon należy do niego.
Zaskoczeniem była pozycja Andreasa Koflera, drugie miejsce po dwóch bardzo dobrych skokach jest dla mnie małą sensacją. Kofler jakby odżył, wróciła ważna świeżość i może jeszcze powalczyć na dużej skoczni.
Kamil Stoch zajął szóste miejsce, tym samym ukazał się jako zawodnik światowego formatu, a najważniejszy występ dopiero przed nim. Duża skocznia może być dla Stocha kolejną szansą na uzyskanie genialnego rezultatu, być może nawet okraszonego kruszcem medalowym.
Czy wynik jaki Polacy osiągnęli w drużynówce, nalezy ocenić jako rozczarowanie? Myślę, że nie. Zważywszy na to, że w ostatniej chwili Hula zastąpił Byrta (który zajął 50 miejsce w konkursie na małej skoczni), ostatecznie czwarte miejsce ukazuje nasze miejsce w szeregu. Udało się skoczyć 5 razy bardzo dobrze, dwa razy przeciętnie oraz TYLKO raz dość słabo. Zabrakło czwartego ogniwa lecz patrząc na formę Niemców, którzy skakali w drużynówce - znów jak roboty z dobrze ustawionym parametrem odbicia, po prostu nie było szans na brązowy medal. Największym zaskoczeniem była świetna dyspozycja Martina Schmitta, który jeszcze 10 lat temu walczył zaciekle w Lahti podczas MŚ z Adamem Małyszem. Niemiec zszokował ekspertów, był prawdziwym liderem.
Rozczarowali Finowie, jedynie Matti Hautamaeki prezentował się wybornie i to dzięki niemu Finlandia awansowała do czołowej ósemki. Niestety brak takich zawodników jak Larinto czy Happonen jest widoczny.
Duża skocznia = większa liczba pretendentów do złota. Kto włączy się do gry o medale? Severin Freund, Kamil Stoch oraz Tom Hilde.
Silne odbicie - charakteryzuje takich skoczków jak Małysz oraz Thomas Morgenstern. I to właśnie Austriak pokazał wielką klasę, rywali pozostawił daleko w tyle, ten sezon należy do niego.
Zaskoczeniem była pozycja Andreasa Koflera, drugie miejsce po dwóch bardzo dobrych skokach jest dla mnie małą sensacją. Kofler jakby odżył, wróciła ważna świeżość i może jeszcze powalczyć na dużej skoczni.
Kamil Stoch zajął szóste miejsce, tym samym ukazał się jako zawodnik światowego formatu, a najważniejszy występ dopiero przed nim. Duża skocznia może być dla Stocha kolejną szansą na uzyskanie genialnego rezultatu, być może nawet okraszonego kruszcem medalowym.
Czy wynik jaki Polacy osiągnęli w drużynówce, nalezy ocenić jako rozczarowanie? Myślę, że nie. Zważywszy na to, że w ostatniej chwili Hula zastąpił Byrta (który zajął 50 miejsce w konkursie na małej skoczni), ostatecznie czwarte miejsce ukazuje nasze miejsce w szeregu. Udało się skoczyć 5 razy bardzo dobrze, dwa razy przeciętnie oraz TYLKO raz dość słabo. Zabrakło czwartego ogniwa lecz patrząc na formę Niemców, którzy skakali w drużynówce - znów jak roboty z dobrze ustawionym parametrem odbicia, po prostu nie było szans na brązowy medal. Największym zaskoczeniem była świetna dyspozycja Martina Schmitta, który jeszcze 10 lat temu walczył zaciekle w Lahti podczas MŚ z Adamem Małyszem. Niemiec zszokował ekspertów, był prawdziwym liderem.
Rozczarowali Finowie, jedynie Matti Hautamaeki prezentował się wybornie i to dzięki niemu Finlandia awansowała do czołowej ósemki. Niestety brak takich zawodników jak Larinto czy Happonen jest widoczny.
Duża skocznia = większa liczba pretendentów do złota. Kto włączy się do gry o medale? Severin Freund, Kamil Stoch oraz Tom Hilde.
Subskrybuj:
Posty (Atom)